czwartek, 4 września 2014

Wkurwa, po BMW Półmaratonie Praskim

O tym, że wściekłość w narodzie jest wielka nie trzeba chyba nikogo przekonywać.  Bo człowiek (Polak) zawsze marudzi i się wścieka. A to, że za gorąco, że słońce świeci, albo zimno, że ktoś krzywo spojrzał, że zupa za słona, a na jedzenie w restauracji, za długo się czeka. Są wkurwy na drodze, oddzielna kategoria o której można by wielotomowe powieści pisać, te w domu i pracy. W każdej sytuacji można znaleźć taką stronę, która człowieka doprowadzi do wściekłości i podniesie poziom agresji… Może w dobie konsumpcjonizmu rzucanie mięsem czy tłuczenie talerzy wydaje się drogą do lepszego jutra?


Przez pewien czas myślałam, że biegaczy to nie dotyczy. Wydawać by się mogło, że jaramy się tymi endorfinami i jeśli już przychodzi jakaś nieciekawa sytuacja, szybko szukamy dobrej strony odrzucając tą złą. A jednak! Po ostatnim półmaratonie w Warszawie trochę (bo wciąż jestem idealistką) zmieniłam zdanie.

A zaczęło się już rano. W drodze z tramwaju do „strefy biegacza” dochodziły mnie oburzone głosy, że te przebieralnie tak daleko (trzeba się chyba przed zawodami rozgrzać), że pogoda jakaś taka za dobra, że tych biegaczy tak dużo (?! 7 tysięcy osób, podzielonych na strefy, na 3 pasmowej ulicy wydawała się zupełnie komfortowa), że trasa taka nudna (hello, bądź kreatywny!),  że nie ma gdzie się rozgrzać (serio?! na błoniach Narodowego?). Ale ok. idę dalej twardo próbuję nie wybić się z nastroju oczekiwania. Do depozytów kolejki, więc znów trochę narzekania, podobnie toitoi, ale tu jakieś cichsze bo w końcu i tak trzeba jakoś do 9.00 przeczekać.

BMW półmaraton był dla mnie bardzo ciężkimi zawodami. Początek pozytywnie naładowana , a potem poczułam jakby ktoś zgasił światło. Czasem tak jest, że to nie ten dzień, nie ta pora, że coś nie działa. W sumie trudno mi się wytłumaczyć czymś konkretnym, dużo błędów, które postaram się poprawić następnym razem. W końcu dawno nie biegłam półmaratonu, a jest to jednak wymagający dystans.

Na metę wbiegłam obolała, ale o własnych siłach, a niestety widziałam, że sporo osób nie miało tego szczęścia. Wątpię, że u tych których widziałam spowodowane było to odwodnieniem, a jeśli tak to musiało być to z winy zawodnika. Podczas całego biegu tylko na pierwszym wodopoju widziałam popłoch wolontariuszy, którzy chyba nie spodziewali się takiego zainteresowania po pierwszych 3 km i nie mieli przygotowanych tyle kubeczków i może też ludzi… Na kolejnych, gdy ja biegłam woda była.
Ostatecznie udało mi się zrobić życiówkę. Zejść poniżej 2 godzin. Niedosty pozostał bo zakładałam wynik na poziomie 1:53, którego nawet nie udało mi się liznąć. Wyciągam wnioski i próbuję jeszcze coś poprawić przed 28 września, żeby w maratonie wynik był bliższy oczekiwaniom!


No i tak trochę pokonana, ale jednak szczęśliwa – bo się nie poddałam, bo dobiegłam- wracałam do domu, a tam internet i fala krytyki i wkurwów… część z nich bardzo ostra, pełna agresji.
Zarzuty dotyczyły ostatniej grupy biegaczy (co było zrozumiałe), ale przyłączyli się do nich i Ci szybsi, a nawet Ci  co wcale nie brali udziału w zawodach.

Nie chcę być zrozumiana źle, ja osobiście nie doświadczyłam braku wody, więc nie będę krytykować.
Jednak fakt, że spora część osób, które biegło po mnie, nie miała wody- jest niedopuszczalny. Bez wody na pewno nie udałoby mi się ukończyć tego biegu, a jesli nawet skończyłabym z kroplówką. Mam nadzieję, że nikomu nic poważnego się nie stało i organizator (a także inni) nauczy się na błędzie.

Krytyka jest konieczna, pozwala się rozwijać, uczyć na błędach, być kreatywnym, ale fala wściekłej krytyki… szczerze, przerasta mnie. Nie wiem czemu pielęgnujemy w sobie tą złość i dajemy jej rosnąć rozwijać się, zasnuwać coraz większą szarością nasze życia…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz